|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33
12 630 60 00
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Prof. Michał Chorośnicki: "Atak z 11 września to było terrorystyczne Pearl Harbor Ameryki"

Chociaż trudno w to uwierzyć, od największego w dziejach zamachu terrorystycznego mija dokładnie 16 lat. To właśnie 11 września 2001 roku członkowie Al-Kaidy porwali w Stanach Zjednoczonych cztery samoloty pasażerskie. Dwa z nich uderzyły w budynki World Trade Center w Nowym Jorku i doprowadziły do zawalenia obu wieżowców. Kolejny spadł na gmach Pentagonu, a czwarty samolot - rozbił się w Pensylwanii - dzięki akcji pasażerów, którzy próbowali powstrzymać terrorystów. W sumie zginęło blisko trzy tysiące osób, a tysiące zostało rannych. O tym, jak zamach na Amerykę zmienił świat i jaki jest bilans prowadzonej od 16 lat wojny z terroryzmem - Mariusz Bartkowicz rozmawiał z prof. Michałem Chorośnickim, szefem Katedry Strategii Stosunków Międzynarodowych w Instytucie Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ.

Posłuchaj rozmowy z prof. Michałem Chorośnickim

11 września 2001 roku, WTC. Fot. by UA_Flight_175_hits_WTC_south_tower_9-11.jpeg: Flickr user TheMachineStops (Robert J. Fisch)derivative work: upstateNYer - UA_Flight_175_hits_WTC_south_tower_9-11.jpeg, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index

Zapis rozmowy

 

Nie ma zbyt wiele przesady w twierdzeniu, że zamachy z 11 września 2001 roku zmieniły świat, w którym żyjemy - na dobre.

 

Świat oczywiście tak, bo świat się sam zmienił. Ale nade wszystko zmieniły się Stany Zjednoczone. Niektórzy twierdzą - i zgadzam się z tym - że 11 września 2001 roku, czyli raptem 16 lat temu, to było terrorystyczne Pearl Harbor Ameryki. Trzeba było wstrząsu, by zmienić właściwie wszystko, w podejściu do zwalczania terroryzmu, sposobu zwalczania współpracy. To właściwie się udało. Możemy zwrócić uwagę, że od tego dramatycznego momentu, czyli od 11 września 2001 r. w Stanach nie było ani jednego tej skali zamachu. Zdarzały się rozmaite pomniejsze akcje, ale to jest niestety dziś codziennością globalizującego się świata. Można powiedzieć, że Amerykanie odrobili lekcję. Niestety tej lekcji nie odrobiła do końca Europa. W Europie mamy do czynienia z zaniechaniami i błędami, głównie organizacyjno-technicznymi, które legły u podstaw tego nieszczęścia w Stanach Zjednoczonych. Tam, przypomnę, zawiódł czynnik ludzki, analityczny. Nawet po utajnieniu tych 11 najważniejszych stron raportu o wydarzeniach z 11 września - wiadomo że chodziło o współpracę i o walkę między rozmaitymi organizacjami kontrwywiadowyczymi i wywiadowczymi, gdzie najważniejszy element, czyli terrorysta, był jakby w tle tych wszystkich wydarzeń. Oczywiście także element współpracy pozostawiał wiele do życzenia. Mohamed Atta, najpewniej, czego nie da się już dzisiaj potwierdzić, był tajnym informatorem niemieckiej BND. Ale ponieważ nie działał na szkodę Niemiec, wobec tego przez wszystkie lata nikogo o tym nie informowano. Nie informowano o podejrzanej aktywności Atty, który w efekcie zorganizował 11 września 2001.

 

Zabrakło współpracy i rzeczywiście z ustaleń chociażby amerykańskiej komisji senackiej i kongresowej wynika, że takie zaniechania czy braki we współpracy organizacji kontrwywiadowczych w USA przed 11 września 2001 roku dało się zauważyć. Ale jest też faktem, że do dzisiaj blisko połowa Amerykanów nie wierzy w oficjalną wersję wydarzeń. Czy myśli pan, że te utajnione strony raportu mogłyby zmienić naszą wiedzę?

 

Te kartki, nawiasem mówiąc, nigdy nie zostały opublikowane i są objęte klauzulą najwyższej tajności. Moim zdaniem słusznie. Po co dawać przeciwnikowi element do wykorzystania w następnych, nie daj Boże, zamachach. Ale tutaj mamy do czynienia z jeszcze innym zjawiskiem - narastania pewnej nieufności wobec państwa. Przypomnę, że w Stanach Zjednoczonych jest pokaźna grupa ludzi, którzy nie wierzą, że Amerykanie wylądowali na księżycu i też traktuje to jako element teorii spiskowej. Niektórzy wierzą, że wieże World Trade Center zostały umyślnie wysadzone, by spowodować i sprowokować wojnę ze światem arabskim. To nie dziwi. W demokratycznym społeczeństwie to paradoks. Rozwijają się tego typu działania i trafiają na podatną glebę, bo po prostu wolno. Trudno sobie wyobrazić podobne działania w takim kraju jak Korea Północna - rodziny Kimów. Tam nie ma żadnych teorii spiskowych i nie będzie. póki Kimowie panują. A co do samych wydarzeń z 11 września to okazało się, że można było temu w łatwy sposób zapobiec, pod warunkiem, że istniałaby szeroka współpraca międzynarodowa. Paradoks polega na tym, że po 11 września ta współpraca międzynarodowa zaczęła kiełkować, dobrze się rozwijała, ale została obrócona w niwecz w postaci niespodziewanej, niepotrzebnej - jak się okazało - akcji USA w Iraku, której celem było obalenie Saddama Husseina. Nikt oczywiście nie tęskni dziś za Husseinem, ale jednego dyktatora mniej czy więcej - w całości globalnej rozgrywki, to nie odgrywało takiej roli. Zmiany, które nastąpiły charakteryzują się tym, że zamachu na WTC dokonała amorficzna grupa składająca się z ludzi, obywateli określonych państw Arabii Saudyskiej, Jemenu i innych.

 

Ale dość dobrze zorganizowana.

 

I oczywiście dobrze zorganizowana. Dziś te zamachy są zdecentralizowane. Jest odwrócona proporcja. Dawniej naczelny Bin Laden i jego bezpośredni zastępcy zlecali z góry wykonanie danego zamachu, a nawet dawali konkretne cele. Dziś się wydaje, że Państwo Islamskie, które prędzej czy później upadnie, a które jest wykwitem pokłosia tych wszystkich wydarzeń z 11 września - ono tylko informuje o konieczności przeprowadzenia zamachu terrorystycznego na niewiernych. Nawet nie daje sposobu. Inicjatywa jest oddolna. To tłumaczy prostotę i niestety wielką skuteczność tych zamachów, gdzie używa się samochodów jako narzędzia najskuteczniejszego i które właściwie jest nie do wyeliminowania.

 

Gdy w 2001 roku George W. Bush wypowiedział wojnę z terroryzmem, mieliśmy prawo oczekiwać, że kiedyś ta wojna doprowadzi do jakiegoś finału. Czy ta wojna kiedykolwiek ma szansę się skończyć? W którym jej momencie dziś, po 16 latach, jesteśmy?

 

To były słowa przesadne. Nie mamy do czynienia z wojną. Mamy do czynienia z kampaniami, które się zdarzają w walce z terroryzmem. Wojnaw potocznym rozumieniu kojarzy się z frontem, z wydarzeniami o wielkiej wadze, o zaangażowaniu całej gospodarki narodowej.

 

Z przeciwnikiem, którego można było wskazać.

 

Oczywiście. Tu ten przeciwnik był amorficzny. Wiadomo, że byli to obywatele Arabii Saudyjskiej, Jemenu i paru innych państw, ale oni nie mieli ojczyzny. Ich podstawowym działaniem była ideologia zwalczania wielkiego szatana Stanów Zjednoczonych. I potrafili zachęcić jakby nie było znaczącą grupę ludzi. Tu nie chodzi tylko o grupę zamachowców z 11 września, ale o rzeszę ludzi, którzy dziś walczą w szeregach upadającego już na szczęście Państwa Islamskiego i wierzą w te nonsensowne, psuedoteologiczne rozważania.

 

Czy my dzisiaj jesteśmy paradoksalnie bezpieczniejsi? Jak pan wspomniał, amerykańskie agencje wywiadowcze odrobiły lekcję i współpracują znacznie lepiej. W Europie współpraca między agencjami różnych państw wygląda jeszcze różnie. Czy dzisiaj, w 16 lat po ataku na WTC, trudno sobie wyobrazić, by udało się zorganizować terrorystom podobne przedsięwzięcie, w takiej skali?

 

Myślę, że na szczęście tak. To wielki sukces światowej społeczności walczącej z terroryzmem. Nie da się wyeliminować poszczególnych, samobójczych zamachów, bo one tkwią w głowach pojedynczych organizatorów. A nie ma urządzenia, które mogłoby czytać ludzkie myśli, co, nawiasem mówiąc, może i jest dobre. Ale złe z punktu widzenia zwalczania terroryzmu. Mrówcza praca wywiadowcza to 97% sukcesu, a 3% to akcje zbroje. To, co dzieje się po zamachu, to mówiąc kolokwialnie, działanie wobec rozlanego mleka.

 

Obraz płonących wież WTC z 11 września 2001 roku będzie się panu kojarzył z początkiem XXI wieku?

 

Z pewnością tak - przez olbrzymią ilość ofiar. Chociaż sposób działania nie był taki niezwykły. Pomysł użycia samolotów pasażerskich jako pocisków dał znany, nieżyjący już amerykański pisarz Clancy. Opisał on sytuację, gdzie duży pasażerski samolot pilotowany przez fanatycznego japońskiego pilota wbija się w Kapitol. I to było na parę lat przed 2001 rokiem. Modus operandi nie był niezwykły. Niezwykła była skala przedsięwzięcia i ilość ofiar. Przy czym wkład finansowy do zorganizowania tego zamachu był śmiesznie niski, szacowany jest na na pewno mniej niż pół miliona dolarów. Nie mówię o stratach osobowych, bo te są niepoliczalne. Straty finansowe wyniosły ok. 35, a niektórzy mówią o 50 mld dolarach. A dodatkowo rynki światowe, które zatrzęsły się po zamachu zostały uratowane przed zawaleniem decyzją rezerwy federalnej. Ta w ciągu 24 godzin wpakowała w nie 80 mld dolarów. To na pewno przejdzie do kanonów dzisiejszej historii. 

0%
0%
WASZE KOMENTARZE

Liczba komentarzy: 0