|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33
12 630 60 00
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Scorpió „A rohanás”

Przypominamy felietony Jerzego Skarżyńskiego, który zestawił niezłą kolekcję niezastąpionych płyt historii rocka.

Dziś - a proszę pamiętać, że piszę te słowa na początku 2011 roku – znów (co zresztą bardzo mnie cieszy) do łask wróciły, tak bardzo popularne w pierwszej połowie lat 70. ubiegłego wieku, supergrupy. Supergrupy, czyli zespoły tworzone przez muzyków, którzy wcześnie wypracowali sobie renomę grając w innych formacjach. Tu oczywiście kusi mnie aby sypnąć kilkoma przykładami, ale nie zrobię tego, bo chcę zachować sobie nieco miejsca na próbę odpowiedzi na pytanie (które właściwie bezpośrednio wiąże się z powyższym stwierdzeniem) - dlaczego owe superbandy tak szybko potem utraciły swoją popularność i czemu na ich renesans (w sensie ogólnym) przyszło nam czekać aż do współczesności? Wydaje mi się, że wyjaśnienie pierwszej części owej zagadki, jest związane z samą istotą powstawania tego typu grup i tym co się stało z rockiem po połowie siódmej dekady XX wieku, natomiast co do drugiej kwestii, to wiąże się ona z sytuacją, jaka zaistniała w światowych mediach (szczególnie w radiostacjach) w erze ich totalnej komercjalizacji. Przechodząc do konkretu, najpierw przypomnę, że o tego typu zespołach można mówić tylko wtedy, gdy do współpracy ze sobą przystępują nie tylko świetni instrumentaliści (choć czasem także wokaliści), ale także muzycy o znanych nazwiskach. Krótko pisząc gwiazdy. Stąd w złotej erze rocka (w przybliżeniu 1965 – 1975), nie było z tym kłopotu, natomiast po pojawieniu się mody na prosto przecież grany punk, jeśli nie całkiem, to w znacznym stopniu znikło pojęcie wirtuoza (nikogo nie interesowały wspaniałe solówki itp.), a o szeregowych członkach poszczególnych kapel właściwie się nie mówiło. Liczyły się tylko nazwy i liderzy. A ponieważ z kolei lata 80. były epoką muzyki post-punkowej (Nowa Fala itd.), to i w nich, rock był stosunkowo mało zindywidualizowany. Natomiast jeśli chodzi o brak popularności superformacji w latach 1990 – 2005, to w dużej mierze było to wynikiem zamienienia radiowych prezenterów (tych robiących audycje autorskie) na... zapowiadaczy piosenek. Tym sposobem, nikt, poza totalnie zainteresowanymi, nie wiedział, kto, z kim i dlaczego gra (a nie np. uprawia seks). Dopiero ostanie lata, te które przywróciły do łask muzykę rockową, dużo zmieniły i to głównie dzięki totalnej dostępności do wszechwiedzy Internetu. Teraz zainteresowani, natychmiast i co też ważne za darmo, mogą sprawdzić, jak się nazywa ten czy ów i gdzie oraz z kim dotąd pracował. Muzycy znów przestali być anonimowi!

Wiosna 1973 roku, po nagraniu dwóch albumów z węgierską supergrupą Locomotiv GT, jej rewelacyjny basista i saksofonista (umiejący też śpiewać) Károly Frenreisz, postanowił „pójść na swoje”. (Wiem, że pomawia się mnie o artystyczną anarchię, o celowe osłabienie tej grupy, ale czy można robić coś, do czego nie ma się serca?... Już myślałem o zespole, który grałby muzykę bliską mi stylem, klimatem, która pozwoliłaby wszystkim instrumentalistom „wygrać się”). Wszystkim muzykom... No właśnie, zaraz po rozstaniu się z zespołem Gábora Pressera, Frenreisz najpierw, czyli jeszcze w maju, napisał materiał na kolejną (współpracował z nią już jako członek Locomotiv GT) płytę wokalistki Sarolty Zalatnay – „Hadd mondjam el”, a potem, w lecie, uruchomił swój własny projekt – kwartet Scorpió (jego szyld wziął się od nazwy znaku zodiaku, który był wspólnym dla aż trzech muzyków, którzy go utworzyli). Poza nim, w jego pierwszym składzie znaleźli się bardzo wówczas popularni instrumentaliści: specjalista od grania na klawiszach, absolwent Konserwatorium w Budapeszcie, a do niedawna filar formacji Mini – Gyula Papp; gitarzysta wspierający dotąd Hungárię – Gábor Antal Szűcs i jeszcze jeden muzyk z Hungárii, perkusista – Gábor Fekete. Tym samym u Madziarów zrodziła się już druga prawdziwa superformacja. Koncertowo zadebiutowała w sierpniu, a albumowo - krążkiem „A rohanás”, który trafił do sklepów wiosną 74.

Uwaga! Bomba w górę. Start! Ruszyła „Gonitwa” („A rohanás”). Diabelskie połączenie basu i syntezatora zaczyna bardzo rockowy i szybki utwór tytułowy płyty. Właściwie to zatopiony w wirtuozerskich popisach rock’n’roll. Uff...! Po otwarciu dwójki - „Jó lenne, ha szeretnél” - jęknięcie gitary najpierw zapowiada coś a`la Wishbone Ash, a potem riffy wprowadzają w pogodną piosenkę miotającą się między hard (wiosło) a pop (trochę naiwne w brzmieniu chórki) rockiem. Trójkę zaczyna doskonale znany motyw zagrany na moogowym niby klarnecie. Tak, tak, to oczywiście nieśmiertelny wstęp do „Błękitnej Rapsodii” George’a Gershwina. I żeby wszystko było jasne, takie otwarcie to nie przypadek, bo następne 7 minut („Fantázia”) to muzyczna, głównie klawiszowa i perkusyjna przejażdżka po najbardziej znanych motywach z kompozycji wielkiego Amerykanina. Wszystko to, trochę na niepoważnie i z miłym dla ucha dystansem do oryginału. Następny temat – „Másképp dobogna” zaczyna się wspaniałym intro na basie, a potem przeradza się w lekko trącący rock’n’rollem solidny hard rock. Abstrahując od chórku i sola na saksofonie, przypomina to nieco muzykę naszego Testu. Solidne. I to bardzo! Po tych czterech kompozycjach osadzonych na mniej lub bardziej twardym podkładzie, pojawia się coś z absolutnie „innej bajki”, czyli szalenie przebojowe „Így szólt hozzám a dédapám”. Czuć tu wpływ węgierskiej muzyki ludowej. Później - jak zresztą należało się spodziewać - trafiamy w objęcia solidnego, pełnego wirtuozerii (ależ sola gitary Szűcsa) utworu „Keresem, keresem...”. Znakomite! Następny numer – siódemka - to klimatyczna i piękna ballada „Miért kell elfelednem”. Sądzą z nastroju, to zapewne coś o niewygasłej jeszcze miłości do dziewczyny albo do ukochanej ludowej ojczyzny (przecież takie to były czasy). Po tej perle mamy jeszcze, ostre, brawurowe „Minden nap megtörténhet velem” (6-minut z klasą) i zamykające album, nastrojowe „Esti ének”. Smako-łyczek dobrego węgrzyna!

 

Jerzy Skarżyński

 

100%
0%
WASZE KOMENTARZE

Liczba komentarzy: 2

Janusz

Poniedziałek, 13 listopada 2017, 23:44

Byłem na koncercie, w ZDK Oświęcim, oczywiście w latach siedemdziesiątych. Prawdziwy powiew "zachodniego" rocka, muzycy nie wyglądali tak grzecznie, jak na powyższym zdjęciu. Posiadali wspaniałą, bardzo głośną aparaturę. Muzyka wspaniała, powalała na kolana Po koncercie można było kupić duży plakat zespołu. Plakat był koloru szarego, jak go znajdę w moich zbiorach , postaram się go udostępnić. Pozdrawiam

Odpowiedz

Janusz

Poniedziałek, 13 listopada 2017, 23:32

Na początku lat siedemdziesiątych, miałem przyjemność być na koncercie tego zespołu, w ZDK Oświęcim. Wspaniały rock na żywo, przedstawiał się jako przedsmak zachodniego rocka, bardzo głośna, grana z prawdziwą ekspresją. Wspaniała muzyka, muzyka, która w tamtych latach powalała na kolana. Wtedy tylko węgierskie zespoły grały tak wspaniałego rocka. Po koncercie kupiłem plakat zespołu, jak dla nas, którzy nie mieli z czymś takim do czynienia wspaniały. Postaram się go odszukać w moich zbiorach i spróbuję go zeskanować, a później zaprezentować. Muzycy nie wyglądali tak grzecznie, jak na zdjęciu, które Pan prezentuje. W tych czasach, koncertowała u nas także Omega i to kilka razy. Tego nie da się opisać, prawdziwy rock ! Pozdrawiam

Odpowiedz