|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33
12 630 60 00
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Deep Purple „Fireball”

Niezapomniane płyty historii rocka. Deep Purple i„Fireball”.

By Carlos Delgado, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=29004087

Ponieważ wiem, że nawet (a może nawet zwłaszcza) gdy się jest przeświadczonym o swoich umiejętnościach pływackich, nie należy się od razu rzucać na głęboką wodę, to zanim zacznę gaworzyć o biografii moich faworytów nr 2 (nr 1 to Beatlesi) w historii rocka, czyli o Deep Purple – to najpierw spróbuję nas nieco oswoić z żywiołem. Szczególnie tak potężnym!

Jest tak, że jeśli ktoś chce w jakiś sposób uwiarygodnić własny zachwyt nad tym czy innym artystą, to stara się przytoczyć jak najwięcej, możliwie jak najbardziej „widowiskowych” przykładów jego sukcesów. I tak, w wypadku Purpli można wykrzyczeć, że byli pionierami, a nawet wręcz twórcami heavy metalu, że zawdzięczamy im jeden z największych rockowych hymnów wszechczasów (oczywiście chodzi o „Smoke On The Water”), że sprzedali ponad 100 000 000 płyt i że długo dzierżyli palmę pierwszeństwa w dość zabawnym w sumie (bo jak porównywać ciągle się unowocześniający sprzęt nagłaśniający) rankingu na... najgłośniej grający zespół świata. Natomiast, co daje do myślenia, nie można się zagalopować i powiedzieć, że ta czy inna ich piosenka była klasycznie rozumianym bestsellerem. Nie można, bo po prostu żaden z „Purpurowych nieśmiertelników” nigdy nie trafił na szczyt listy przebojów. A co chyba jeszcze ciekawsze, ani jeden(!) z ich albumów, nie dotarł na wierzchołek amerykańskiego zestawienia najlepiej się sprzedających się długograjów. Nieco lepiej było na Wyspach Brytyjskich, bo tu na top trafiły dwa longplaya: „Fireball” i „Machine Head”. A co z „In Rock”, „Burn” czy „Perfect Strangers”? Pierwszy z tej trójki doszedł tylko do miejsca 4-go, drugi do 3-go, a trzeci do 5-tego. No dobrze, ale skoro tak, to skąd owe sto milionów? Odpowiedź jest prosta – krążki Deep Purple nie sprzedają się okazjonalnie i szybko (ostra promocja), lecz jednostajnie przez wiele miesięcy oraz lat.

Co interesujące, jedna z najważniejszych i najbardziej wpływowych grup w dziejach muzyki niepoważnej (a po trosze też poważnej) powstała „na zamówienie”. Było bowiem tak, że w 1967 r., pewien młody człowiek nazywający się Tony Edwards wymyślił sobie, że spróbuje się dorobić jako... menażer formacji rockowej. Tyle tylko, że nie miał żadnych podopiecznych. I wówczas los, na jakimś przyjęciu, zetknął go z byłym już wtedy perkusistą oraz głównym wokalistą grupy The Searchers (tej choćby od przeboju „Needles And Pins”) – Chrisem Curtisem. Zapewne po spożyciu, obaj panowie postanowili połączyć siły, co w praktyce oznaczało, że Chris miał się zająć montowaniem zespołu, a Tony jego działalnością, finansami itp. (wspierać go w tym miał szef jednej z profesjonalnych firm reklamowych – John Colleta). Nie wdając się w szczegóły, wspomnę tylko, że w efekcie poszukiwań i namów, w skład rodzącej się grupy weszli najpierw: kolega śpiewającego bębniarza, były organista The Artwoods - Jon Lord oraz ściągnięty z Hamburga gitarzysta – Ritchie Blackmore. Później do nich dołączyli - basista Nick Simper i perkusista Ian Paice. I gdy wyglądało, że skład nowej formacji (nazywała się jeszcze wówczas Roundabout) jest już w pełni ustalony, jej czterej instrumentaliści zastrajkowali, twierdząc że... nie będą pracować z mającym „poronione” pomysły Curtisem. W efekcie frontmenem kwintetu został Rod Evans, a w 1968 r., za namową Blackmore’a muzycy zmienili swój szyld na Deep Purple (od tytułu ulubionej piosenki babci Ritchiego). Potem... pojawiły się ich trzy, dość popularne w USA, a prawie nieznane w Europie płyty długogrające: „Shades Of Deep Purple”, „The Book Of Taliesyn” i „Deep Purple” oraz nastąpiła historyczna zmiana składu, w wyniku której w Purpurze pojawili się (za Evansa i Simpera) dwaj muzycy z zespołu Episode Six – wokalista Ian Gillan i basista Roger Glover. Nowy układ najpierw dał światu eksperymentalny (bo łączący rock z muzyką symfoniczną) album „Concerto For Group And Orchestra”, a zaraz potem „In Rock”.

W roku 1970 i wiosną następnego, jeszcze w trakcie trasy promującej „In Rock”, Deep Purple zarejestrowało w kilku studiach swój kolejny longplay, któremu nadało tytuł „Fireball”. Krążek dzięki fali entuzjazmu jaki wywołał poprzednik, odniósł błyskawiczny sukces. Później jednak okazało się, że zważywszy na klasę i blask bijący od „In Rocka” oraz od „Machine Headu” (następna na płyta Purpury), „Piorun kulisty” stał się chyba najbardziej niedocenianym albumem w całej jej dyskografii.

Start! „Fireball” zaczyna się z energią równą najpotężniejszym wyładowaniom w atmosferze. Nie ma co się dziwić, bo to czas utworu tytułowego. Grają (szalejący za bębnami Ian Paice’a) w mega tempie, a Gillan śpiewa jak strzelający słowami karabin maszynowy... O solu sfuzzowanego basu Glovera i popisie Lorda można jedynie westchnąć z rozkoszą. W 3 i 1/2 minuty później zaczyna się motoryczny i obsesyjny temat „No No No”. Mało hałasu, dużo doskonałych partii solowych (Blackmore gra długimi „skrzypcowymi” frazami, a Lord - jak w „Child In Time” - pojedynczymi, oderwanymi dźwiękami) i szalenie precyzyjna sekcja. Gillan, jak Gillan – mistrzowski! Trójka to rewelacyjne „Demon’s Eye”. Wspaniały riff, wciągający rytm, świetna melodia i takież sola. Po tym monolicie pojawia się niespodzianka, stylowo odstające od reszty materiału na krążku - „Anyone’s Daughter”. Fortepian sute, gitara slide i pełen wyczucia śpiew. Urocze! Następne trzy utwory to dawna druga strona analoga. I tak, najpierw mamy monotonnego, idącego uparcie do przodu „Muła” („The Mule”), potem jeden z najwspanialszych tematów w całej dyskografii Deep Purple – „Fools” (Blackmore sprzężeniami gitary perfekcyjnie imituje brzmienie wiolonczeli) oraz zamykający całość dynamiczny i dzięki wspaniałej pracy Glovera wręcz natrętne rytmicznie – „No One Came”. Niech mnie piorun trzaśnie – pyszna płyta!

 

100%
0%
WASZE KOMENTARZE

Liczba komentarzy: 1

znaffca

Wtorek, 5 września 2017, 16:06

Płyta świetna, tekst też, tylko to zdjęcie.. Steve Morse nie grał na Fireballu ;)

Odpowiedz