|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33 (antena)
12 630 60 00 (recepcja)
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Deep Purple „Burn”

To już 61. pozycja płytowa na liście Jerzego Skarżyńskiego. Deep Purple - „Burn”!

Programme of Deep Purple's 1976 european tour/wikimedia

Dawno, dość dawno temu, czyli w czasach „wczesnego Gierka”, w Polsce nie wydawano żadnego profesjonalnego i kolorowego periodyku zajmującego się rockiem. Dlatego jedynym sposobem aby wiedzieć (co się dzieje) i widzieć (jak wyglądają ukochane gwiazdy) było ściąganie z zagranicy odpowiedniej prasy. Najwięcej szczęścia mieli ci, którym ktoś z Zachodu zaprenumerował jakiś markowy tytuł. Wtedy, w zależności od częstotliwości jego wydawania, raz na tydzień lub raz na miesiąc, wyciągało się ze skrzynki albo „Billboard”, albo „New Musical Express”, albo „Bravo”. Ja, dzięki austriackim przyjaciołom mojego taty, dostawałem to ostatnie. A ponieważ, wiem jaką rolę spełnia i do kogo jest adresowana współczesna jego wersja, to wyjaśnię, że wówczas, nieomal wszystkie w nim artykuły poświęcone były modnej wtedy wśród nastolatków muzyce rockowej oraz, że w „Bravo” zawsze było sporo barwnych zdjęć, a także - jako tzw. „prezenty” - plakatów z portretami idoli!

Jak dziś pamiętam ten dzień. Po powrocie z budy do domu, znalazłem na biurku, zgięty na pół i owinięty szarą banderolą kolejny numer wspomnianego przed chwilą pisemka. Gdy zerwałem opakowanie, na pierwszej stronie okładki ujrzałem koncertową fotografię Deep Purple, a obok żółte litery układające się w krzyczące (oczywiście po Niemiecku) pytanie: Czy to już koniec Purpury? Nogi się pode mną ugięły! Jak łatwo się domyśleć, zacząłem nerwowo przewracać kartki i w pewnym momencie natrafiłem na duży artykuł, z którego wynikało, że z Deep Purple odchodzą Ian Gillan oraz Roger Glover i że ich następcami mają zostać: do nie dawna jeszcze wokalista Free – Paul Rodgers oraz basista nieznanego mi wtedy zespołu Trapeze – Glenn Hughes. Co tu wiele pisać, mój siedemnastoletni świat legł w gruzach. Boże jak to możliwe – Purple bez Gillana! Rodgersa znałem i bardzo lubiłem, ale jak on będzie śpiewał „Child In Time” oraz wrzeszczał w czasie koncertów słynne Hey, Heeey i w końcu Heeeeeeeeeeeeeey!

W czerwcu 1973 r. Deep Purple dało kilka kolejnych (ponoć fenomenalnych) koncertów w Japonii i wydało komunikat, że ze względu na przemęczenie forsownym tournee, na odejście z zespołu zdecydowali się - Ian Gillan oraz jego przyjaciel jeszcze z czasów wspólnej pracy w Episode Six – Roger Glover. Pierwszy z nich oznajmił, że ma na tyle dość bycia na pierwszej linii show-biznesowego frontu, iż wycofuje się do cywila, natomiast drugi postanowił, że zajmie się produkcją płyt innych wykonawców. W tej sytuacji Ritchie Blackmore, Jon Lord i Ian Paice zaczęli się rozglądać za odpowiednimi następcami. Początkowo liczyli (i stąd ta, jak się okazało, nieco przed wcześnie opublikowana informacja w „Bravo”), że dołączy do nich ich faworyt - Paul Rodgers. Niestety jednak ów, po długim zastanowieniu, zrezygnował ze złożonej mu przez nich propozycji, bowiem postawił na stworzenie własnej grupy (gdy powstała, nazwał ją – Bad Company). W tej sytuacji Richie, Jon i Ian dali do prasy odpowiednie ogłoszenie. W jego wyniku zaczęły do nich napływać dziesiątki taśm z wokalnymi popisami najróżniejszych facetów, wśród których znalazła się także rejestracja śpiewu niejakiego Davida Coverdale. I wówczas Blackmore przypomniał sobie, że parę lat wcześniej, przed którymś z występów Purpli, pojawił się na wpół-amatorski zespół Fabulosa Brothers, którego głosem (i to bardzo intrygującym) był ów Coverdale. Wystosowano odpowiednie zaproszenie, w wyniku którego, ostatnio pracujący jako sprzedawca w butiku David w Redcar, został nowym frontmenem Purpury. Natomiast stanowisko basisty objął, zgodnie z zapowiedziami, także śpiewający Glenn Hughes. Warto tu zwrócić uwagę, że to iż od tego momentu w Deep Purple było aż dwóch wokalistów po trosze wynikało z tego, że dawni muzycy czuli, że aby zastąpić Gillana potrzebne będą aż dwa głosy. Niski – Coverdale’a i wysoki – Hughesa.

W Listopadzie 1973 r. Deep Purple Mk.III (tak przyjęło się określać ten układ personalny) znów trafiło do szwajcarskiego Montreux i tu, dokładnie tak jak to zrobioło gdy rodził się „Machine Head”, czyli przy użyciu The Rolling Stones Mobile Unit nagrało swój pierwszy album z Coverdalem i Hughesem. Nadano mu krótki acz gorący tytuł – „Burn”. I tak też zatytułowano otwierający go utwór. Pora krzyknąć – „Płoń”!

Uderzenie w bębny i kolejny klasyczny Blackmorowski riff odpalają tę płonącą petardę. „Burn” jest potężny, drapieżny a przy tym bardzo melodyjny. David i Glenn śpiewają bardzo ekspresyjnie, co chwila (w refrenie) tworząc dotąd nigdy nie pojawiający się w Purpurze chórek. Gdy milkną głosy na pierwszy plan wyrywają się na przemian Ritchie i Jon, którzy brawurowo grają solówki (ten drugi w nieco barokowej konwencji). Po sześciu minutach wszystko się zmienia, bo zaczyna się (introdukcją na Hammondzie) motoryczny i solidny utwór „Might Just Take Your Life”. Paice gra, jak to tylko on potrafi, zarówno precyzyjnie jak i wręcz nieprzewidywalnie. Co jest zaskakujące w warstwie wokalnej ten utwór ma w sobie coś soulowego. Gdy rusza trójka – „Lay Down, Stay Down” od razu się czuje, że przez najbliższe minut będzie ostro i zadziornie, a gdy czwórka - „Sail Away” obsesyjnie. Tu, wypada dorzucić, że ten mocno kojarzący się z muzyka Free z okresu „Heartbreakera” temat, jest jedną z największych pereł wśród tego wszystkiego, co pozostawiła nam trzecia mutacja Purpli.

Wraz z porywającym i kojarzącym się z szaleństwami Santany utworem „You Fool No One” zaczyna się druga część płyty. Tę tworzą jeszcze trzy utwory: mocne, a przy tym nieco rock’n’rollowe (szczególnie za sprawą fortepianu) „What’s Goin’ On Here”; absolutnie rewelacyjny heavy blues – „Mistreated” (znów czuć inspirację muzyką Free), wręcz porywająco zaśpiewany przez Coverdale’a i wreszcie coś całkiem zaskakującego, czyli instrumentalno-syntezatorowy (Emersonowski w stylu) marsz o dziwnym tytule „”A” 200”. 

 

 

 

Jerzy Skarżyński

100%
0%
WASZE KOMENTARZE

Liczba komentarzy: 0